Nowy rower – składać, czy kupić gotowy.

Ja składałem. Przeglądałem oferty gotowców i zawsze było coś, co chciałem mieć inaczej.
Właściwie składałem, to złe określenie, przebudowywałem. Bardzo podobał mi się rower Kross Level B6, ale osprzęt miał marny. Ramy nie można było nigdzie kupić, więc zdecydowałem się na kompletny rower. Szybko wyszły niedoróbki, co wyjazd to jakaś awaria. Moje przeczucia się sprawdziły, na zamontowanym osprzęcie nie da się jeździć w terenie. W Krossie dla oszczędności zamontowali napęd turystyczny do roweru górskiego. Zrywający się łańcuch, rozpadająca przerzutka i koła, zwichrowane po kilku korzeniach. wszystko do wymiany.
Tak więc kupując ″kompletny″ rower, kupiłem sobie ramę, wszystkie pozostałe części wymieniłem. Takim oto sposobem stałem się posiadaczem roweru uszytego na moją miarę. Nie jest to najlepszy rower na świecie, ale jest bezawaryjny, przystosowany do moich potrzeb i mojego gustu. Śmigając po lesie stanowimy jedność.
Nie będę jednak zachęcał do budowania rowerów. Jest to rozwiązanie dla maniaków, z wiedzą mechaniczną i odpowiednio wyposażonym warsztatem.
Bez specjalistycznych narzędzi, jedynie za pomocą kilku kluczy, młotka
i śrubokręta operacja się nie uda.

Większość wykorzystuje rower do jazdy turystycznej lub po mieście.
W takim przypadku nie ma aż takiego znaczenia z jakiej grupy komponentów został zbudowany nasz rower. Jeżeli nie jest to Chińska tandeta i odpowiednio o niego zadbamy, będzie nam służył przez wiele lat. Dla tych co oprócz jeżdżenia lubią też pogrzebać przy rowerze, pozostaje bieżąca konserwacja modernizacja. Można dołożyć bagażnik, uchwyt na telefon, licznik, sakwy, zmienić błotniki, opony, siodełko
w zależności od potrzeb, gustu i zasobności portfela.

Krówka nad Zalewem Koronowskim

Na pierwszy kwietniowy weekend wybraliśmy trasę do Krówki nad Zalewem Koronowskim. Trasa długa i dosyć trudna.
Rozpoczęliśmy od ścieżek na Brdą, żeby następnie lasami pojechać na Grabinę, minąć Koronowo i piaszczysty leśnym duktem dojechać do Krówki. Powrót zaplanowaliśmy podobnie. Zamiast jechać przez centrum Koronowa wybraliśmy drogę przez zaporę, Pieczyska, następnie wzdłuż jeziora Białego, przez Bożenkowo do Bydgoszczy.
Droga dosyć trudna, trochę podjazdów, przeważają drogi leśne o luźnej nawierzchni. Dystans 90 km, przewyższenie ok 500 m. Warto się męczyć dla widoków, słońca i świeżego powietrza. Dobry detoks po tygodniu spędzonym
w robocie.
Wyprawa dla doświadczonych jeźdźców na rowerach górskich. Nie polecam na rodzinne wyjazdy.

Pisze post na FB

Pisze post na FB z nadzieją, że porozmawiamy rzeczowo, że się czegoś dowiem. No i się dowiedziałem – wiele o sobie, dostałem też kilka ″cennych″ informacji typu ″weź i zrób sam″.
Chciałem natomiast dowiedzieć się dlaczego nikt nie wspiera rowerzystów.
W mieście, w którym mieszkam infrastruktura jest w stanie szczątkowym, nowe projekty nie mają siły przebicia albo trafiają na zdecydowany opór mieszkańców ulic, na których trasa jest projektowana, a w rankingach na ″przyjazne miasto dla rowerzystów″ zamyka stawkę. Imprezy rowerowe z braku funduszy organizowane są dzięki pracy społecznej wielu zapaleńców, duże wyścigi rowerowe albo w ogóle tu nie trafiły, albo szybko uciekły.
Chciałem dociec dlaczego w budżecie miasta znajduje się duża kasa na ratowanie wielokrotnie już bankrutującego klubu sportowego, natomiast nie ma jej na wydarzenia skierowane do dużej grupy jaką obecnie stanowią rowerzyści. Jak to się dzieje, że jest kasa na wiele niszowych sportów, a na kolarstwo brak. Dlaczego triathlon się rozwija,
a mtb nie doczekało się znaczącej imprezy. 
Do postawienia pytań zainspirowało mnie planowane wydarzenie w sąsiednim, niewielkim miasteczku. Po długiej dyskusji nadal niewiele wiem na nurtujące mnie tematy, za to o sobie dowiedziałem się trochę więcej.

Ma ktoś ochotę na wspólne kręcenie?

Bardzo często zadawane na FB i forach rowerowych pytanie i zazwyczaj pozostające bez odpowiedzi. Osoby, które towarzyszy wypraw rowerowych szukają w internecie, przeważnie muszą jechać same. Mimo mody na jazdę na rowerze, zorganizowanie grupy na wspólny wypad nie jest łatwe. Przez pewien czas próbowałem na FB stworzyć ekipę do wspólnych wypraw. Na co dzień jeżdżę z żonką i dobrze czujemy się we własnym towarzystwie, ale czasami mamy ochotę pojechać w większym gronie. Po kilku postach wydawało się, że nie ma problemu, chętnych jest sporo. Pomysł trafił na podatny grunt. Tak było do momentu ogłoszenia konkretnego terminu. Był to punkt zwrotny, w podobnym tempie jak kiedyś przybywało chętnych tak teraz ich ubywało. Na trzy dni przed wyjazdem zostaliśmy sami, trochę nas to zdziwiło. Pojechaliśmy jak do tej pory, tylko we dwoje. Było fajnie, z kolejnego umawiania wspólnych wyjazdów zrezygnowaliśmy.
Jednak nie dawało mi to spokoju, dlaczego tak wyszło, czy zrobiłem jakiś błąd
i źle zredagowałem posta, czy to reguła, że tak się kończy internetowe umawianie z fejsbukowymi znajomymi, z którymi w realu się nie znamy.
Zacząłem śledzić podobne wpisy. Szybko zauważyłem, że to norma. Tylko w nielicznych przypadkach się udawało. Nie ma znaczenia w jakiej formie się to odbywało, na zasadzie zwykłego wpisu, czy tworzenia wydarzenia. Zauważyłem, że zapisuje się bardzo dużo uczestników, a niewielu bierze udział. W jednym wydarzeniu wzięło udział 7 osób z zapisanych 310. To zaledwie 2,5%. Jeżeli to jest norma, to nie ma się co dziwić, że przy 15 osobach, które deklarują udział nie przyjeżdża nikt.

Kolejnym wnioskiem z moich obserwacji jest to, że najskuteczniej umawiają się wszelkiej maści sakwiarze. Choć często będący obiektem drwin, nowoczesnych, wysportowanych pseudo kolarzy, mają się dobrze i działają z powodzeniem. Jednym z filarów turystyki rowerowej jest nadal PTTK. Zrzeszone przy nim koła cyklicznie organizują wyjazdy, w których udział bierze bardzo wielu rowerzystów.

Dla mnie, kolarza leśnego, lubiącego szeroko pojęte wertepy jazda po ddr i szosie nie jest zbyt pasjonująca, nie rwałem się do wyjazdów z sakwiarzami.

Postanowiłem, mimo wszystko spróbować, wybraliśmy się z żonką na jedną
z wycieczek, co okazało się ciekawym rozwiązaniem. Przyjeżdża się na zbiórkę
w określonym miejscu o konkretnej godzinie i nie ma znaczenia ilu nas jest, jedziemy. Bywa, że jest kilka osób, ale również kilkadziesiąt. Jazda jest spokojna nikt się nie wyrywa, można po drodze trochę pogawędzić. Niby żadnych emocji, a jednak fajnie. Uznaliśmy, że to najlepszy wybór na wspólne jazdy, wprawdzie to nie do końca ten rodzaj kolarstwa, który najbardziej lubimy, ale jak to w życiu, trzeba iść na kompromis.

Konsekwencją tych doświadczeń są daleko idące zmiany na FB. Usunąłem wszystkich ″znajomych″, których nie widziałem nigdy na oczy, zmieniłem także dostępność postów, które teraz mogą czytać i oglądać tylko znajomi. Można mnie zapraszać do grona znajomy, ale nie potwierdzam znajomości osób, których nie spotkałem w realu. Do jazdy po leśnych i górskich wertepach mamy, bardzo hermetyczny zespół – ja i żonka. Razem jeździmy, ćwiczymy, razem planujemy przyszłe wyprawy i zazwyczaj jesteśmy zadowoleni z naszych wyjazdów. Już nie planujemy tworzenia grupy, natomiast w niejednym wydarzeniu weźmiemy udział.

Czy karta rowerowa poprawi bezpieczeństwo na drogach?

Rząd szykuje zmiany, planuje przywrócić kartę rowerową. Już podnosi się larum, jak to władza zamierza gnębić rowerzystów, jak wspaniale jest w Europie a jak będzie źle w Polsce. Należę do tej nielicznej grupy, która nie utyskuje. Marzy mi się świadomy rowerzysta, choćby tylko na tyle, żeby ogarniał podstawowe prawo rządzące ruchem drogowym – pierwszeństwo dla nadjeżdżających z prawej strony, czy najważniejszą zasadę – zasadę ograniczonego zaufania. Okazuje się, że w większości jesteśmy zbyt leniwi, żeby się dokształcać, do tego pozbawieni przezorności i instynktu samozachowawczego. Na to wszystko nakłada się wszechobecne chamstwo i przekonanie, że rowery są najlepszym rozwiązaniem komunikacyjnym w miastach.

Czy karta rowerowa uleczy te bolączki, nie mam pojęcia. Uważam jednak, że trzeba działać, choćby trochę miało zaboleć. Gorzej już nie będzie, a każda poprawa warta jest podejmowania prób. Przy okazji wspomnę, dla tych, którzy przywołują cudowne rozwiązania zagraniczne, że w stawianej przez wielu na piedestale Holandii, mandaty za wykroczenia, nakładane na rowerzystów rujnują budżet domowy do kolejnej wypłaty. Nie ma różnicy kto jedzie, czym jedzie, ważne tylko jak. Jeżeli nie zgodnie z przepisami – płaci. Przeniesienie tej zasady na nasze podwórko wielu emerytów pozbawi środków do życia, a małolatów tygodniówek z całego miesiąca.