Jesienna refleksja o umiejętnościach.

Zima zbliża się wielkimi krokami, rowerowy sezon dobiega końca. Nie mam na myśli definitywnej rezygnacji z jazdy i zawieszenia sprzętu na kołku. Przy obecnych zimach można jeździć przez cały rok, jednak jesień i zima to nie jest, moim zdaniem pora na długie wyprawy. W tym okresie można ćwiczyć technikę jeżdżąc „w koło komina”. Technika jazdy, no właśnie, to temat bagatelizowany przez wielu rowerzystów. Utrzymujemy równowagę, potrafimy w sposób kontrolowany zmieniać kierunek jazdy i wydaje nam się, że to wszystko. Pozornie tak, dopóki trasa nie jest wymagająca i nic nie zmusza nas do gwałtownych zmian. Wiem, wiem, sakwiarze nie uprawiają ekstremy. Może i dobrze, ale trochę umiejętności przydaje się na trasie. Powinniśmy umieć zjechać i podjechać pod strome zbocza, a przede wszystkim zrobić to bezpiecznie, powinniśmy wiedzieć który pedał na dole, a który na górze przy pokonywaniu zakrętów, przydałaby się też choć niewielka wiedza o pozycji na rowerze. W wykonaniu turystycznym jakoś to nie wychodzi, rowerzyści jeżdżą, najczęściej w pozycji połkniętego kija, z jedną nóżką na dole, przyklejeni na sztywno do źle ustawionego siodełka. To standardowy widok na większości rajdów i wycieczek. Zastanawiam się dlaczego tak się dzieje? Dlaczego miłośnicy jazdy na rowerze nie zadają sobie trudu i nie przyswajają podstawowej kolarskiej wiedzy. Próbowałem tego dociec, rozmawiałem z ludźmi na trasie i co się okazało? Nikt nie rozumiał o co mi właściwie chodzi, przecież oni przejechali tysiące kilometrów i bardzo dobrze potrafią jeździć. Taka sam sytuacja jak z kierowcami samochodów, wszyscy to mistrzowie kierownicy. Próbowałem nawiązywać do wypadków podczas wycieczek, o których wcześniej się dowiadywałem. W odpowiedziach nikt nie wspomniał o brakach w wyszkoleniu. Przyczyna przeważnie leżała po stronie drogi, a to za stroma, za wysoki krawężnik, nie naprawiona dziura, piach, błoto itp. Czasami ktoś wspomniał, że rowerzysta mógł się zatrzymać i prowadzić rower. Nikt, ani razu nie mówił nic o tym, że wywrotka była brakiem umiejętności, zbyt słabą techniką jazdy. Okazało się, że wywrotki na zakrętach, przelatywanie przez kierownicę na stromych zjazdach czy przy ostrym hamowaniu przodem to normalka, tak musi być i już. Nie chcesz leżeć, zsiadaj z roweru i prowadź przez trudny odcinek.

Jesienna refleksja – szkolenia, czy warto?

Nadeszła jesień, dni są coraz krótsze, często deszczowe, pogoda nie zachęca do dalszych wyjazdów. Popołudnia spędzane w domowym zaciszu, to czas wspomnień i podsumowań kolejnego rowerowego roku.

To był czas wielu zmian. Z turystycznej jazdy ukierunkowaliśmy się na DH i Enduro i liczyliśmy na zdobycie nowej wiedzy i nowych umiejętności. Czy nam się to udało? O tym napiszę na zakończenie.

Skąd pomysł na Enduro? Zaczęło się od Mistrzostw Świata w zjazdach w Val Di Sole. Zasiedliśmy pierwszy raz do oglądania transmisji i przepadliśmy. Downhill okazał się bardzo widowiskowym i emocjonującym sportem. Zawodnicy tacy jak Myriam Nicole, Tahnee Seagrave, Rachel Atherton, Gee Atherton, Danny Hart, Aaron Gwin, Greg Minnaar, Troy Brosnan, Loic Bruni stali się naszą inspiracją do ćwiczeń i doskonalenia umiejętności.

Nasze dotychczasowe doświadczenia, to przede wszystkim długodystansowe jazdy nizinne, nie mające nic wspólnego z Downhillem, czy Enduro. Nie bardzo wiedzieliśmy jak się do tego zabrać. Pierwsza myśl – szkolenie, zaczęliśmy szukać. Oferty, na które trafiliśmy nie wzbudziły naszego zainteresowania. Zmieniliśmy taktykę, zaczęliśmy od suchej wiedzy książkowej. „Jazda Rowerem Górskim” to jedyna dostępna publikacja. Choć pewnie nie taki był zamysł autorów, nie jest to książka dla zupełnych żółtodziobów. Żeby poprawnie interpretować wskazówki autora trzeba mieć pewne doświadczenie. Przekonaliśmy się o tym dotkliwie próbując wykonywać poszczególne ćwiczenia. Po kilku nieudanych i bolesnych podejściach znaleźliśmy rozwiązanie. Połączyliśmy wiedzę książkową z filmami publikowanymi na You Tube. Efekt był bardzo dobry. Szybko opanowaliśmy podstawy, jednak nie posunęliśmy się o krok dalej. Przed nami jazda na tylnym kole, bunny hop, dropy, hopy, a co najważniejsze opanowanie techniki na takim poziomie, żeby umożliwiła nam płynną jazdę w trudnym terenie. Zdobycie takich umiejętności, żeby prawidłowa kontrola nad rowerem dawała nam ogromną radość z jazdy i pewność w bezpiecznym pokonywaniu przeszkód. Tego jako samouki nuż nie potrafiliśmy osiągnąć.

Brakowało nam odwagi do pokonywania trudniejszych przeszkód. Powodem były przede wszystkim wątpliwości co do sposobu w jaki należy to zrobić. Co innego nauka zakrętów czy bunny hopa, a co innego skoki z wysokich przeszkód, albo strome i kamieniste zjazdy. Brak miejsc i nauczyciela, to podstawowa przyczyna stagnacji naszych umiejętności. Doszliśmy do ściany, nie pozostało nam nic innego jak poszukać trenera, co w naszym przypadku oznaczało udział w komercyjnym szkoleniu. Niestety, szkoleniowy biznes rowerowy przypomina ten narciarski. Na południu kraju wysyp szkółek i instruktorów. Każdy instruktor, to pasjonat, zwycięzca wielu wyścigów, miły, potrafiący przekazać wiedzę – tak wynika ze standardowego opisu w szkółce rowerowej. Już to prawie kupiliśmy, już uznaliśmy, że chyba o to nam chodzi, aż tu nagle, zupełnie przypadkowo weszliśmy w oferty zimowe i okazało się, że te same osoby są również instruktorami narciarskimi. W opisie ponownie o pasji, wygranych zawodach i innych talentach. Niestety poza opisem sukcesów sportowych, ani słowa o przygotowaniu zawodowym do roli trenera, czy choćby instruktora. Nic! Postanowiliśmy jednak doświadczyć tego na własnej skórze. Zapisaliśmy się na szkolenie. Jechaliśmy pełni obaw, jak się później okazało, słusznie. Wybraliśmy szkolenie trzydniowe i tu pierwsze nieporozumienie. Szkolenie trzydniowe faktycznie trwa półtora dnia! Wyglądało to tak, że pierwszego dnia spotkaliśmy się wieczorem na „odprawie” i umówiliśmy miejsce zbiórki na dzień następny. Dzień drugi, to już szkolenie na placu treningowym. Polegało głównie na tym, że jeździliśmy po drewnianych przeszkodach, jak kto potrafił. Nie absorbowało to zbytnio „trenerów” nam nie dawało nic. Kolejnym etapem dnia drugiego były zjazdy. Wszyscy się cieszyli, że poćwiczą na prawdziwej trasie, z kamieniami, bandami, dropami itp. No i sobie poćwiczyli. Znowu każdy jechał jak potrafił, a w tym tłumie gdzieś był instruktor. Kto „miał szczęście” i akurat trener jechał za nim, ten wysłuchał potoku krytycznych uwag na temat swojej jazdy i ani słowa jak to zmienić. Tak minął dzień drugi, który trwał faktycznie cały dzień.

W kolejnym dniu nauki, zgodnie z rozkładem góralskim był to dzień trzeci wchodzimy na wyższy poziom. Okazało się bowiem, że w wyniku ćwiczeń w dniach poprzednich nasze skillsy weszły na zdecydowanie wyższy poziom i zaczynamy poważny trening. Nastał czas skoków.
Zaczęliśmy od placu zabaw, gdzie „lataliśmy” z 20 centymetrowego progu. Trwało to jakiś czas, do momentu aż trener uznał, że jesteśmy gotowi do wyruszenia na trasę. Trasa bardzo szybko zaczęła weryfikować nasze umiejętności. Pierwsze skoki na „stolikach” i pierwsze nieudane lądowania. Nie spowodowało to jednak u instruktora utraty wiary w nasze talenty. Kontynuowaliśmy trening. Następnym etapem były dropy. Ten najniższy, z którego mieliśmy skakać większość z nas przeraził. Instruktorzy nie dali za wygraną i usilnie namawiali do podjęcia próby. W końcu się im udało, znalazł się jeden śmiałek, który postanowił skoczyć. Jesteśmy mu bardzo wdzięczni za to, ponieważ uchronił wielu z nas przed kontuzją jakiej sam doznał. Złamany obojczyk przy pierwszej próbie skoku zakończył ćwiczenie. Przerażeni kursanci szerokim łukiem ominęli przeszkodę i zjechali na dół. W ten sposób przebrnęliśmy przez kolejny etap. Zostały nam jeszcze przejazdy po trasie o wyższym stopniu trudności niż ta z dnia poprzedniego. „Świetne przygotowanie” techniczne uchroniło wielu z nas od upadków, jednak nie wszystkich. Przejazdy i całe szkolenie zakończyło się około godziny 16. Znowu okazało się, że cały dzień, to pojęcie względne. Instruktorzy rozjechali się do domów, a my przytłoczeni wrażeniami ostatnich dni zastanawialiśmy się, co to było.

Podsumowując, nie możemy narzekać, spędziliśmy trzy dni w górach. Pojeździliśmy na trasach jakich nie ma w naszych okolicach i na pewno zrobiliśmy nieduży, ale jednak krok do przodu. Czy mamy pretensje? Nie, nie można mieć pretensji za własną naiwność i wiarę w marketingowe obietnice. Płacąc za kurs kupiliśmy marzenia, jednak się nie ziściły. Rzeczywistość jest brutalna. Nie nauczyliśmy się praktycznie niczego z tego co nam obiecywano, cóż to było oczywiste. Żeby cokolwiek osiągnąć trzeba długo ćwiczyć i najlepiej pod okiem wykwalifikowanego trenera. Jedno co zyskaliśmy, to status absolwentów rowerowej akademii. Co to nam daje? Chyba nic, ale absolwent, to jednak ktoś, nie jakiś pierwszy lepszy kolarz.

Poznajemy okolice.

W neciku krążą opowieści i przeróżnych trasach w okolicach Bydgoszczy, jednak nie sposób dowiedzieć się szczegółów. Część opowieści, to miejskie legendy, inne to wręcz historie wyssane z palca, ale kilka jest prawdziwych. Wielu coś słyszało, a nie potrafią wskazać dokładnego miejsca. Rozpoczęliśmy poszukiwania na własną rękę. Czytaj dalej Poznajemy okolice.

Hopa, stolik, drop

Zakręciło nas na dobre, już nie wystarcza nam jazda turystyczna, nawet singletracki to już byt mało. Szukamy wyzwań, szukamy przeszkód, rozwijamy się. Chcemy poszaleć. Zaczynamy uczyć się skakania. Żeby lądowanie nie było serią bolesnych upadków trzeba intensywnie ćwiczyć technikę jazdy. Nie jest to sprawa zbyt skomplikowana, jednak wyrobienie prawidłowych, powtarzalnych odruchów jest kluczem do sukcesu. Czytaj dalej Hopa, stolik, drop

Szkolenie MTB ACADEMY już za nami

Obóz w MTB ACADEMY w Kluszkowcach dobiegł końca. Trochę powspominaliśmy, a teraz czas wrócić do codzienności. Nie obijamy się, jeździmy dalej, tylko lodowiec nam psikusa sprawił i niezbyt wysokie górki usypał w okolicy. Nie ma wyciągów, nie ma tras. Żeby zjechać trzeba wejść, jest czyste enduro. To co kiedyś wydawało się strome i trudne jakoś nie robi już wrażenia. Przestrzegamy też maksymy, że „niewolno zbyt wolno” i lepiej nam wszystko wychodzi. Choć czasami zanim się dobrze rozpędzimy, to zjazd się kończy.